Blaski i Cienie sesja II część I

Towarzysze z mieszanymi uczuciami odeszli spod mieszkania Jonah. Mężczyzna poświęcił praktycznie wszystko swej pracy, ale gdy zabrakło Lorda Marrowa zabrakło również miejsca dla jego asystenta. Niezwykłe, jak tragedia jednej osoby może wpływać na inne wokoło. Jakie jeszcze reperkusje mogła mieć śmierć przewodniczącego Rady? Jak szerokie kręgi pojawią się na wodzie? Tylko czas mógł pokazać. Sama myśl na ten temat wywoływała jednak poczucie niepokoju. Nic zatem dziwnego, że towarzysze, zamiast oddawać się filozoficznym rozważaniom, postanowili działać dalej. Akcja była bliska ich sercu, a mieli jeszcze wiele do zrobienia tego dnia. Ruszyli do miejsca, gdzie podobno można było zakupić wszelakiej maści granaty i materiały wybuchowe. Bohaterowie rzeczywiście chcieli przygotować się na wszystko.

Huki Szast Prasta – bo tak nazywał się ów lokal – okazały się być niepozorną, krzywo postawioną chatką w odległej części slumsów. Widać było, że, jak wiele z budynków w tej części miasta, również i ten postawiony został już po Pladze Magii – świadczyły o tym nierówne deski, marne wykonanie i oczywisty brak fundamentów. W czasie tej mistycznej katastrofy praktycznie cała dzielnica została zrównana z ziemią. Bez wsparcia miasta mieszkańcy byli pozostawieni sami sobie i odbudowywali się, jak potrafili. Gospodarz Huków Szast Prasta nie potrafił.

Sklepowi, chociaż słowo to było chyba nadużyciem, patronował nadaktywny gnom Szast Prast, zainteresowany bardziej swoimi wynalazkami, niż zarabianiem pieniędzy. Mężczyzna był niski nawet jak na gnomie standardy, nie sięgał wiele ponad 80 centymetrów. Twarz jego zdawała się zastygnąć w szerokim uśmiechu i tylko częste mruganie i skaczący z miejsca na miejsce wzrok sugerował, że gnom jednak reaguje. W szerokich kieszeniach poupychane miał małe ceramiczne dzbany w różnych kolorach.

„Słyszeliśmy, że można u ciebie kupić granaty?” Dopytał gospodarza Gilmor, rozglądając się z powątpiewaniem po pustych półkach.

„Huki! Ta jest. Oczywiście. Czego tylko dusza zapragnie, jeśli trzeba coś czy kogoś wysadzić.” Szast Prast mówił szybko i nie do końca zrozumiale. Wyglądało na to, że jego myśli biegły szybciej, niż usta były w stanie je wyrazić. „Czego potrzebują, wszystko znajdą. Raz, dwa!”

Towarzysze z zaciekawieniem wypytywali gnoma o efekty jego „huków”. Dokonali wstępnych zakupów – niepewni, czy wytwory niezrównoważonego alchemika są warte inwestycji i opuścili jego sklep.

Przy wyjściu z nieporadnie skleconej chatki, poszukiwaczy zaczepił jeden z bezdomnych żebrzących w okolicy. Było w tym mężczyźnie coś nietypowego. Odznaczał się ubiorem o niezłym standardzie – surdutem i eleganckimi spodniami. Całość była jednak niezwykle znoszona i stara – tak jakby mężczyzna nie nosił nic innego przez przynajmniej kilka ostatnich lat. Spojrzenie jego było zupełnie puste, nieobecne – Bohaterowie byli przekonani, że ten człowiek spogląda gdzieś w przestrzeń, daleko poza stojącą przed nim grupę. Zwrócił się jednak bezpośrednio do nich. Człowiek pytał o jakiś niebieski kamień. Powtarzał, że musi go zdobyć, że jest dla niego wszystkim. Nie potrafił jednak sprecyzować, czym on jest, gdzie mógł go zgubić lub do czego miałby służyć. Pytania o cokolwiek innego niż kamień nie miały większego sensu. Mężczyzna zawsze myślami powracał do tajemniczego niebieskiego obiektu. Bohaterowie nie przejęli się specjalnie losem mężczyzny, przeświadczeni o jego szaleństwie. Ruszyli dalej do swego pierwotnego celu – magazynów niedaleko rzeki. Mieli tam bowiem przebywać mieszańcy, którymi opiekowała się Nemeia.

Pokonując kolejne metry dzielące ich od hal Winfar zwrócił uwagę na kolejną osobliwość slumsów. W rynsztoku leżał człowiek odziany w brudne, śmierdzące strzępy ubrań. Nic niezwykłego w tej ponurej części miasta gdyby nie to, że twarz jego leżała w brązowej kałuży z wody i mułu. Winfar pociągnął mężczyznę za fraki i ze smutkiem stwierdził, że ów żebrak leżał bez tchu. Twarz jego była napęczniała wodą, jednak coś więcej zwróciło uwagę paladyna – czerń na języku i ustach mężczyzny nie była naturalnym efektem utopienia czy też uduszenia.

„Nie przejmujecie się losem tego mężczyzny? Przecież wystarczyło odciągnąć mu twarz z kałuży, by żył. Cóż to za czerń na jego ustach i języku?” Winfar zaczepił jednego z przechodniów wskazując na ciało leżące na bruku. Paladyn był wzburzony apatią, która wydawała się dotykać mieszkańców. Dodatkowo efekty Rozpadliny dawały mu się we znaki. Głowa bolała go okrutnie, a miriady otaczających ich zewsząd nieprzyjemnych zapachów powodowały nudności.

„Toż to nic by nie zmieniło, Panie.” Jeden z zaczepionych przechodniów zdecydował się odpowiedzieć mężczyźnie. „Zdech by od Jadu, jak nie od wody w brzucholu. Szkoda se rąk brudzić.” Mężczyzna machnął umorusaną dłonią, nieświadomy ironii własnej uwagi.

„Jad? Jaki jad? Grasuje tu jakieś zwierzę?” Gilmor wtrącił się do rozmowy, nadal nie rozumiejąc prawdziwej przyczyny zgonu żebraka.

„Tia. Głupiś. Czarny Jad Panie. Ludzie to bioro, co by im czacha nie waliła i kiszki się nie skręcały tak bardzo. Narkotyk. Ten tam łyknął za dużo, to ma.”

„Słyszałem o tym” Rafael przytaknął ze smutkiem. Żył w tym mieście od lat i nieobce były mu jego bolączki nawet, jeśli jego samego nie dotyczyły. „Czarny Jad przeciwdziała efektom Wielkiej Rozpadliny, jednak łatwo go przedawkować – a to prowadzi do rychłej i niezbyt pięknej śmierci”.

„Tia. Takich jak ten tam nurek to się wala sporo. Co mamy podnosić każde cielsko? Poleży se we wodzie to może siem rozpuści ni?” mężczyzna raz jeszcze machnął dłonią i opuścił grupę bez dalszego słowa.

„Po prostu nie chce mi się wierzyć, że Neverwinter nic nie robi z niedolą tak dużej liczby swych mieszkańców.” Winfar spojrzał po swoich towarzyszach szukając wsparcia. „Nie pozwolę, aby ten narkotyk dalej zabijał ludzi. Coś trzeba z tym zrobić!” Paladyn uderzył pięścią w otwartą dłoń i w duchu złożył przysięgę – ureguluje sprawę panoszącego się w Klejnocie Północy narkotyku. Lista ich zadań wydawała się rosnąć bez końca…

„Wszystko w swoim czasie”. Nathan jak zawsze proponował spokój i rozwagę. „Nie zajmiemy się wszystkim na raz”. Reszta drużyny przytaknęła milcząco. Bohaterowie ponownie ruszyli w stronę magazynów, licząc na to, że w końcu uda się je odwiedzić.

Rzeczywiście udało im się w końcu dotrzeć do celu ich trudnego spaceru po slumsach. Szeroka hala niedaleko rzeki wysoka była na trzy piętra. Gołe, ceglane ściany połatane były w wielu miejscach deskami lub kamieniami. Właśnie te ściany były niezbitym dowodem na to, że hala była jednym z niewielu budynków, które przetrwały Plagę Magii. Nikt nie wybudowałby tak dużego, ceglanego budynku po kataklizmie – nie było na to ani czasu, ani pieniędzy, ani zapotrzebowania. Hala stała pusta i tylko okoliczni mieszańcy przysposobili ją na swój azyl – a przynajmniej próbowali.

Bohaterowie przekroczyli próg magazynu. Olbrzymia, pusta przestrzeń witała ich świszczącym wiatrem i nieprzyjemnym półmrokiem. Okna były niewielkie i pozasłaniane brudnymi, gęstymi, wełnianymi kocami i plandekami. Trudno orzec, co niegdyś było tutaj przechowywane bądź produkowane, obecnie hala stała w dużej mierze pusta. Kilka połamanych skrzyń i beczek to jedyny dodatek do nagich, obdrapanych ścian. Po lewej stronie śmiałkowie spostrzegli chybotliwe schody, który prowadziły na wyższy poziom – biegnącą wzdłuż dłuższej ściany galerię. Z niej każdy miał dobre spojrzenie na całą przestrzeń magazynową. U szczytu schodów śmiałkowie spostrzegli drabinę – niknęła ona w suficie i zapewne prowadziła na poddasze magazynu.

„Hola, jest tu kto? Przysyła nas Nemeia, prosiła o pomoc.” Winfar wyszedł dwa kroki przed resztę drużyny i dał o sobie znać ewentualnym lokatorom. Jego okrzyk spotkał się z praktycznie natychmiastową reakcją.

Znad barierki na galerii wychyliło się młode diabelstwo, ze sterczącymi na boki rogami i czerwoną cerą. „Nemeia? Trzeba było walić od razu! Wchodźcie!” Młodzieniec mówił szybko i tak też się poruszał. Gestem wskazał schody, a sam szybko wspiął się po drabinie na ostatni poziom hali. Wyglądało na to, że imię Nemei rzeczywiście wzbudzało zaufanie wśród mieszańców.

Bohaterowie podążyli za gościnnym diabelstwem. Na trzecim piętrze hali przebywali tajemniczy lokatorzy. Okazali się naprawdę nietypową bandą. Diabelstw i półorków bohaterowie się spodziewali, jednak to nie był koniec przeglądu dziwnych istot, które nazywały to miejsce domem. Jedni mieli skórę twardą i poharataną jak ziemia – bohaterowie mieli niemal pewność, że stal odbiłaby się od niej, jak uderzona o głaz – inni włosy, skórę i oczy tak czerwone, jakby w każdej chwili miały zająć się żywym ogniem; kolejni odznaczali się niezwykłą szczupłością ciała i niemal śnieżnobiałą skórą. Doprawdy, chroniące się tutaj istoty rzeczywiście mogłyby przyciągać uwagę nietolerancyjnych mieszkańców Neverwinter.

„Czyli pomożecie nam?! Czego wam potrzeba?” młode diabelstwo nie zawracało sobie głowy ewentualnym przedstawieniem siebie czy innych lokatorów. Zamiast tego podszedł do przybyszów blisko, prawie zahaczając rogiem o brodę wyższego Winfara.

„Powiedzcie nam najpierw, co dokładnie się tutaj dzieje.”

„Atakują nas ludzie. Zaskakują nas gdy śpimy. Gdy jemy. Gdy po prostu siedzimy i rozmawiamy. Nikomu tu nie wadzimy, nie wychodzimy poza mury. I co? Napastują nas. Starają się wypędzić. Dotąd nikogo nie zabili. Może to kwestia czasu…”

„Kto. Konkretnie.” Popędził Rafael.

„Nie wiemy Panie.” Diabelstwo zmieszał się nieznacznie, chociaż nie miał zamiaru przerywać opowieści. „Pojawiają się znikąd. Jakby od razu byli w środku. Zdążyliśmy się już nauczyć – na parterze słychać takie dziwne szuranie” młodzieniec potarł butem po posadzce dla efektu „to szykujemy obronę”.

„Hmmm, szuranie? Ciekawe…” Gilmor opuścił grupę i udał się na parter. Miał już w głowie pewien pomysł. Gdy reszta poszukiwaczy dołączyła do niego na parterze, zaczął wyjaśniać swój pomysł. „Magazyn jest blisko rzeki. Idealne miejsce do szmuglowania kontrabandy. Widzia…” Gnom spojrzał niepewnie na paladyna, po czym uśmiechnął się rozbrajająco. „Znaczy słyszałem o takich operacjach w Waterdeep. Gdzieś tutaj może być ukryty tunel prowadzący nad rzekę.” Sprytny gnom szybko rozpoczął przeszukiwanie magazynu pod tym kątem. Już po chwili natknął się na luźną cegłę w nieotynkowanej ścianie. Z nieukrywaną satysfakcją pchnął ją delikatnie. Mechanizm zaczął działać. Charakterystycznie szuranie, które tak martwiło mieszańców, pochodziło z zapadni w podłodze. Ta właśnie chowała się, aby odsłonić całkiem szeroki tunel, niknący gdzieś w ciemnościach pod powierzchnią ziemi. Rzeczywiście – ta przestrzeń z pewnością mogła służyć do przenoszenia kontrabandy.

„Chodźcie za mną i uważajcie. Takie miejsca rzadko pozostawione są bez zabezpieczeń.”

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ…

Blaski i Cienie sesja I część III

Przestraszone kobiety zwróciły się w stronę śmiałków. Wszystkie pobladły z przerażenia, nawet te, które stały daleko od rozmówców, w drugiej części nawy lub za kotarami. To zaintrygowało śmiałków. Okazało się, że kwiat obdarzył swoich gospodarzy niezwykle czułym słuchem.

Zanim bohaterowie opuścili kaplicę, kapłani zasugerowali jeszcze jedną możliwość „Hallie – gnomia alchemiczka jest miłośniczką wszelkich wynaturzeń i abominacji – być może ona zdoła zidentyfikować dziwny kwiat?” Zegar tykał…

Nemeia postanowiła towarzyszyć poszukiwaczom. Była silna, znała już śmiałków i zdawała sobie sprawę, że do rozwikłania tej zagadki będzie potrzebny żywy okaz, a kwiatu od gospodarza oderwać się zwyczajnie nie dało.

Chatka alchemiczki stała niedaleko kaplicy, w dzielnicy handlowej. Prosty, niewielki budynek nie wyglądał imponująco. Na ścianie, nieco krzywym pismem, ktoś wymalował nazwę „Odczynniki Hallie”.

„Ta? Klient? Czego chce?” gnomka odezwała się do wchodzących bohaterów. Cała jej twarz pokryta była bliznami po oparzeniach. Gdy kobieta zobaczyła diablicę przekraczającą próg jej sklepu omal się nie przewróciła. „Czemu przyłazicie z tym tutaj?” Rzuciła z odrazą. „Nie mam na to lekarstwa. Takie to się rodzi i takie zdechnie obawiam się.” Gnomka rzucała obelgi pod adresem Nemei, jednak ta nie reagowała, ze stoickim spokojem wpatrując się w odczynniki i fiolki stojące na półkach. Winfar starał się uspokoić gnomkę, jednak alchemiczka niewiele robiła sobie z jego prób.

„Chcemy, żebyś zbadała kwiat przy piersi Nemei. Wydaje nam się, że jest to jakiś nietypowy pasożyt, a ty podobno się na tym znasz.” Rafael zignorował rasizm gnomki i przeszedł do rzeczy.

Zaintrygowana Hallie przemogła swoją niechęć. Podstawiła sobie stołek. Po chwili wątpliwości założyła grube rękawice i dopiero rozpoczęła badanie. W trakcie jego trwania wyraz odrazy nie schodził jej z twarzy. „Ano, diabelstwu się należy, ale fakt – to pasożyt.” Gnomka zeskoczyła ze stołka i sięgnęła do książki, która stała przy jej półce. Przewertowała ją i otworzyła na ustępie zatytułowanym Szkarłatna Śmierć. „Zabije ją to. Bez dwóch zdań. Kwiat wysysa krew. Gdy wypije ostatnią kropelkę szuka nowego gospodarza. Cholernie jest wrażliwe na dźwięk – może to jakoś pomoże?”. W głowach śmiałków zaczął kiełkować pewien plan.

Postanowili przeprowadzić eksperyment na Nemei. Rafael posiadał w swoim repertuarze zaklęcie, które emitowało potężną falę dźwięku. Przygotowani do pochwycenia Szkarłatnej Śmierci bohaterowie zgromadzili się wokół diablicy, a Rafael rozpoczął inkantację. W końcu uderzył otwartymi dłońmi o siebie, wyzwalając magię. Ogłuszający huk był nie do wytrzymania dla zwykłych ludzi. Kwiat tymczasem obdarzał Nemeię niezwykle czułym słuchem. Kobieta niemal zemdlała z bólu, krew zaczęła wyciekać jej z uszu i nosa. Ból musiał być nie do zniesienia. Chyba jednak było warto podjąć tę próbę. Kwiat bowiem załopotał, odlepił się od swojego gospodarza i ku zaskoczeniu śmiałków zaczął odlatywać! Jego płatki wirowały z oszałamiającą prędkością, praktycznie jak śmigło. Winfar dwukrotnie próbował schwycić kwiat do worka, ale niestety bezskutecznie. Szczęśliwie Gilmor wykazał się dużo większym sprytem i zręcznością. Szybkim gestem przywołał mistyczną dłoń, która sięgała o wiele dalej niż niewysoki gnom i pochwycił kwiat w jej uścisk. Winfar nie zastanawiał się długo. Schował kwiat do parcianego worka i przygniótł go okutym butem.

Teraz należało powtórzyć ten wyczyn na większą skalę – ratując wszystkie damy z opresji jednocześnie. Śmiałkowie wrócili do kaplicy Ilmatera, gdzie niespokojnie oczekiwały swego losu poszkodowane kobiety. Rafael raz jeszcze wywołał falę oszałamiającego dźwięku. Ta przyniosła podobny skutek. Kwiaty wzleciały pod sufit. Zamiast rozproszyć się sformowały jednak wir czerwieni i zieleni! Zachowywały się, jakby posiadały świadomość roju, poruszając się wspólnie i symetrycznie. Bukiet Szkarłatnej Śmierci rzeczywiście okazał się śmiercionośny. Szybując na swych płatkach wleciał między poszukiwaczy i zaczął przecinać skórę Nathana ostrymi jak brzytwa płatkami. Każde cięcie wysysało siły i życie z mnicha. Na pomoc rzucili się pozostali bohaterowie. Wspólnymi siłami zdołali uśmiercić rój, pozostawiając pod sobą tylko martwe kwiaty, szczęśliwie nieszkodliwe.

Nieprzytomne kobiety nie były w stanie podziękować poszukiwaczom, ale kapłani Ilmatera obiecali, że przekażą rannym dobrą nowinę oraz to, komu zawdzięczają swe życia.

Śmiałkowie postanowili oddać próbki Szkarłatnej Śmierci Hallie do dalszych badań. Gnomka poprosiła ich przy okazji o jeszcze jedną przysługę „Chciałaby uzyskać żywego trolla – do badań.” Hallie podrapała się po pokrytej bliznami skórze. „Chce wykorzystać ich sławne zdolności regeneracyjne do uzdrowienia tej zabliźnionej, obrzydliwej skóry.”

„Nie możesz skorzystać z magii leczącej?” zapytał zaskoczony Rafael.

„Nie dam się dotknąć żebrakom magii.” Odburknęła gniewnie. „Sama sobie poradzę, ot co.” Ta reakcja mogła świadczyć o nie najlepszych doświadczeniach Hallie związanych z magią. Śmiałkowie opuścili jej sklep obiecując, że zastanowią się nad tą propozycją.

Chociaż nie minęło jeszcze południe, to bohaterom sporo udało się osiągnąć. Skierowali w końcu swe kroki ku slumsom. Dzielnica ta oddzielona była od reszty miasta wysokim murem, dzień i noc obsadzonym przez niewielki oddział straży miejskiej. Neverwinter cierpiało na przeludnienie i mnóstwo ludzi osadzanych było właśnie w najbiedniejszej dzielnicy. Strażnicy mieli pilnować, aby nikt niepożądany nie przekraczał granicy wytyczonej przez mur. Oznaczało to, że biedota czy mieszańcy trzymani był w obrębie slumsów. Miasto nie miało oficjalnego rozporządzenia w tej sprawie. Nikt zatem nie miał prawa aresztować chociażby Nemei za to, ze przebywa poza wytyczonym obszarem. W praktyce jednak wielu mieszkańców tego obszaru przebywało tam wbrew własnej woli. Nikt przy zdrowych zmysłach nie chciał mieszkać w slumsach. Bohaterowie na własnej skórze mieli właśnie przekonać się dlaczego.

Przekraczając granicę poczuli niesławne oddziaływanie Wielkiej Rozpadliny. Zaczęło im się kręcić w głowie, czuli się nieco osłabieni, mieli mdłości, a głowa nieprzyjemnie mrowiła. Trudno było sobie wyobrazić, że ludzie żyją tutaj na co dzień! Odczuli to wszyscy poza Nathanem. Pozostali śmiałkowie z zaskoczeniem spojrzeli na mnicha. Białowłosy miał pewne przypuszczenia co do tego niezwykłego zjawiska, ale postanowił na razie ich nie ujawniać…

Przy murze dzielnicy poustawianych było wiele domostw. Jedno z nich należało do Jonah. Mieszkanie na przymurzu było swoistym przywilejem dla mieszkańca slumsów. Tutaj efekt rozpadliny był najmniej odczuwany, a dzięki straży było relatywnie bezpiecznie. Śmiałkowie nie kryli zdziwienia.

„Mieszkasz w slumsach? Przecież pracowałeś dla Lorda Marrowa. Z pewnością stać się na wynajęcie mieszkania w innej dzielnicy?” Zapytał zaskoczony Winfar.

„Ja… Cóż ja od dawna mieszkałem u Lorda.” Jonah nie miał siły dłużej udawać. „Teraz jednak jestem zmuszony wrócić do własnego kąta.”

Bohaterowie upewnili się, że Jonah nic nie potrzeba i zaproponowali swoje usługi, gdyby kiedykolwiek czegoś potrzebował.

„Postaram się oddać pracy.” Skwitował Jonah. Trudno było uwierzyć, że w takich warunkach dało się pracować. Efekty Rozpadliny, żałoba po śmierci ukochanego Lorda i ogólne osłabienie, na jakie najwyraźniej cierpiał młody mężczyzna nie mogły pomagać. Bohaterowie nie mieli jednak zamiaru odwodzić go od jego pracy. Pożegnali się z młodzieńcem i ruszyli dalej.

KONIEC SESJI PIERWSZEJ…

Blaski i Cienie sesja I część II

Podczas gdy Rafael wymieniał się informacjami, pozostali śmiałkowie sprawdzili miejsce zbrodni. Mężczyźni stanęli przed otwartą furtką, aby przyjrzeć się okolicy, do której trafili. Domostwo zamordowanego lorda okazało się być wysoką, elegancką kamienicą, osadzoną w centralnej części dzielnicy Blacklake – tradycyjnie zajmowanej przez szlachtę, urzędników i prominentnych obywateli miasta. Białe framugi okien i drzwi odbijały światło niewielkich pochodni ustawionych wzdłuż chodnika – od furtki aż do głównego wejścia. Przy tymże stała dwójka mężczyzn – ochroniarzy, którzy za wszelką cenę starali się uniknąć wzroku przybyłych. Patrzyli po sobie, mrucząc coś do siebie i przebierając niepewnie nogami.

Jonah wystąpił przed grupę. „Zejdźcie mi z oczu. Nie macie tutaj czego szukać.” mocnym głosem rozkazał dwójce ochroniarzy. „Nie wybacza się tak karygodnego zaniedbania obowiązków, żegnam.” Śmiałkowie z zaskoczeniem spojrzeli na Jonah, okazał się być nieustępliwy, jeśli tego wymagała sytuacja.

Cała grupa weszła na pierwsze piętro i przekroczyli próg uchylonych drzwi do gabinetu Lorda Marrowa. Był to przestronny pokój z ciężkim, dębowym biurkiem w jego centrum. Półki przy ścianach zawalone były księgami i pergaminami. Okno po prawej stronie było wybite, a chłodny wiatr wdzierający się do pomieszczenia wprawiał w ruch sterty kart leżących na biurku. Zza niego wystawała poplamiona krwią i atramentem dłoń.

Martwe ciało Lorda rzeczywiście spoczywało w nienaturalnej pozie za biurkiem. Z gardła zionęła zakrwawiona, szeroka na dwa palce dziura. Towarzysze w milczeniu pokiwali głowami – cios był charakterystyczny dla napastnika, z którym starli się na placu. Uderzenie palcami w krtań. Lord Marrow musiał próbować zatamować krwawienie, albowiem cała jego dłoń i rękaw koszuli nocnej, w którą był ubrany, okazała się zakrwawiona. Siwa broda martwego mężczyzny również była przesiąknięta szkarłatną, gęstą cieszą. Krew dosłownie skapywała z koniuszków włosów.

Trudno było ocenić, jak napastnicy wdarli się do biura, ale pewnym było, że uciekli przez okno. Jonah przytaknął bez sił i usiadł na krześle w kącie. Był bardzo blady – ponowne zetknięcie się z ciałem jego pracodawcy musiało być dla niego zbyt dużym wysiłkiem. Zimny wiatr wywoływał dreszcze ubranego jedynie w nocną koszulę młodzieńca.

„Sypiałeś tutaj? Dlaczego obaj jesteście ubrani jak do snu?” Winfar podszedł do osłabionego młodzieńca i zapytał skonfundowany.

„Nie, ja… My pracowaliśmy do późna, czasami zostawałem na noc…” Jonah nie był w stanie jasno odpowiedzieć na pytanie, język plątał mu się nieco, a Winfar zauważył, że twarz jego na chwilę nabrała kolorów – a konkretnie czerwieni. Połączywszy pewne fakty, paladyn postanowił nie męczyć dalej zmieszanego asystenta.

Nathan zainteresował się tymczasem framugą okna. Na jednym z ostałych w niej fragmentach szkła zauważył zaschniętą krew. Raczej nie należała do zmarłego, zatem istniała spora szansa, że była to krew któregoś z napastników. Kolejna poszlaka.

Siedząc na wpół przytomnie Jonah obserwował przeszukujących gabinet mężczyzn. Nagle jego wzrok padł na biurko. „Zaraz” jęknął strwożony. „Gdzie jest mieszek z platyną?” Jonah zerwał się na równie nogi i niepewnie podszedł bliżej. „Leżał tutaj, na biurku. Pieniądze miały być przeznaczone na reformę straży. Bez nich wszystko na nic!” Jonah wyglądał na wyraźnie strapionego. Czyżby napastnicy zdołali jeszcze skraść te pieniądze? Jeśli tak było, to mogło to obrócić się na korzyść śmiałków. Tak rzadki metal jak platyna na pewno szybko wypłynie, jeśli ktoś zdecyduje posłużyć się nim w mieście.

Po chwili na miejsce zbrodni przybył Bael wraz z kilkoma strażnikami. Szorstki elf okazał się profesjonalistą. Szybko i bez zbędnych rozmów wydał rozkazy swoim ludziom i zwrócił się do zebranych poszukiwaczy przygód. „Byliście tu pierwsi. To niezgodne z procedurami, ale wasz typ poszukiwaczy przygód potrafi być pomocny w takich… niecodziennych sprawach.” Bael skinął głową na ciało z przebitą krtanią. Bohaterowie przytaknęli, podzielili się swoimi informacjami i zaproponowali wszelką pomoc w schwytaniu mordercy. „Mieliście okazję spotkać sprawcę. Chcę, żebyście zajęli się jego pochwyceniem.” Zgodził się kapitan. Niski głos elfa odpowiadał jego zdystansowanemu zachowaniu. „Przyjdźcie do mnie nazajutrz. Przygotuję dla was oficjalny glejt, który ułatwi wam poruszanie się po mieście.”

Bohaterowie opuścili kamienicę Lorda Marrowa, zabezpieczających ją strażników i siedzącego tam nadal Jonah. Późna pora zastała ich na ulicy, bez miejsca na nocleg. Instynktownie udali się do tawerny Wino i Taniec, która współorganizowała nieudany pojedynek. Była to pierwsza i jak dotąd jedyna karczma, jaką zauważyli, warto więc było spróbować. Budynek stał zaraz obok niewielkiego jeziora Blacklake, dzięki któremu dzielnica uzyskała swoje miano. Dwupiętrowa tawerna zachęcała schludnym i zadbanym wyglądem. Wnętrze okazało się aktualnie puste. Obite czerwonym materiałem fotele poprzystawiane były do okrągłych stołów, a nisko usytuowane żyrandole rzucały długie cienie na brązowe ściany pomieszczenia wspólnego. Za barem stała właścicielka przybytku – Nemeia Ordanna.

Kobieta była diablicą. Istotą z domieszką demonicznej krwi. Jej skóra była czerwonawa, z głowy wystawały jej długie rogi położone po głowie, jakby zaczesane do tyłu wraz z długimi czarnymi włosami. Przy piersi przytwierdzony miała silnie czerwony kwiat, dużo czerwieńszy od jej skóry, którego kolor kontrastował natomiast z ciemną suknią, w którą była ubrana.

Diabelstwa były rzadkim widokiem w mieście. A diabelstwa, które prowadziły własną tawernę w szczególności. Nemeia lata walczyła z uprzedzeniami, które na powrót rozpaliły się w sercach mieszkańców po Pladze Magii. Uzbrojona w żelazną siłę woli, intelekt i optymistyczne spojrzenie na świat Nemeia krok po kroku budowała swoją pozycję w mieście. Niewzruszona na rasistowskie obelgi i groźby parła do przodu, realizując postawiony przez siebie cel. Kobieta od zawsze chciała mieć swoją tawernę, miejsce, do którego przychodziliby ludzie, aby bawić się, pić i rozmawiać. Ordanna rozumiała jak trudny ma przed sobą cel, ale z uśmiechem podchodziła do wszelkich przeciwności. To właśnie dzięki tej nieustępliwości i pewności siebie zdołała w końcu otworzyć tawernę. Wino i Taniec było spełnieniem jej marzeń. Teraz trzeba było przyzwyczaić klientelę do rogów i czerwonej skóry. Nieudany pojedynek i pojawienie się cienistych potworów na pewno nie pomoże w oswajaniu miasta z tawerną. Nemeia nie traciła jednak humoru. Kobieta uśmiechnęła się szeroko do przybyłych gości i zachęcała, by podeszli bliżej.

„Czym mogę wam dzisiaj służyć?” zapytała delikatnym głosem. „Jak widzicie gości zbyt wielu nie mam, ale dzięki temu mogę poświęcić wam całą moją uwagę.” Nemeia spojrzała na nich i raz jeszcze uśmiechnęła się szeroko. Jej białe zęby odznaczały się na tle czerwonej skóry.

Śmiałkowie usiedli przy barze i opowiedzieli Nemei o swojej przygodzie. Grupa szybko zapałała sympatią do pogodnej diablicy. Właścicielka z pewnością działała w wielkim stresie, niepewna o przyszłość swojego interesu, a jednak zachowywała optymizm i pogodę ducha.

Kobieta również obdarzyła grupę zaufaniem. Widząc, że ma do czynienia z ludźmi pozbawionymi uprzedzeń zwierzyła im się ze swego problemu.

„Moi ludzie nie radzą sobie tak dobrze, jak ja.” Zaczęła. Przez moi ludzie Nemeia rozumiała wszelkiej maści mieszańców – takich jak diabelstwa czy półorki. „Muszą kryć się przed prześladowaniami. Szyderstwa to najmniejszy problem, możecie mi wierzyć. Znalazłam dla nich opuszczony magazyn w slumsach. Teoretycznie nikt nie powinien im tam przeszkadzać. Jednak podobno regularnie ktoś próbuje ich stamtąd przepędzić.” Kobieta zrobiła długą pauzę. „Na razie nikt nie zginął, ale boję się, że to w każdej chwili może się zmienić.” Dodała w końcu.

Bohaterowie nie mieli wątpliwości. Zapewnili Nemeię, że sprawdzą, co dzieje się w magazynie. Straż rzeczywiście nie radziła sobie z wydarzeniami w mieście, skoro na ulicach atakowani byli cywile.

„Jeszcze jedna rzecz.” Nemeia zatrzymała śmiałków. Spojrzała z pewną wątpliwością, ale ostatecznie zdecydowała się dokończyć myśl. „Zależy mi również na promocji mojej tawerny. W zamtuzie Księżycowa Maska przebywa obecnie Ezio D’amingo – światowej sławy śpiewak i bard. Jego występy ściągnęłyby mnóstwo ludzi do mojej tawerny.”.

„Od czego mamy zacząć?” Paladyn zapytał, niepewny motywów diablicy.

„Och moi ludzie są najważniejsi.” Nemeia stwierdziła bez cienia zawahania, uspokajając tym samym Winfara.

Bohaterowie uznali, że pora odpocząć. Nemeia obiecała im darmowy wikt i opierunek, w zamian za pomoc jej ludziom. Śmiałkowie chętnie przystali na tę propozycję i udali się na spoczynek.

Następnego dnia, zgodnie z ustaleniami, grupa ponownie spotkała się z Rafaelem. Wymieniwszy się informacjami postanowili w pierwszej kolejności odwiedzić Dom Wiedzy. Wysoki, smukły budynek był idealnie okrągły, bez widocznych kątów. Jedyne drzwi do środka były niestety zamknięte na cztery spusty. Okazało się, że Mistrz Wiedzy przebywa na jednej ze swych sławnych pielgrzymek. Trudno było ocenić, kiedy może wrócić.

Niestrapieni tym początkowym problemem bohaterowie postanowili udać się do slumsów, aby pomóc ludziom Nemei w ich bolączkach. Instynkt Winfara skierował ich jednak w inną stronę. Przechadzając się po mieście paladyn kilkakrotnie zauważył bowiem krwistoczerwone kwiaty przyozdabiające piersi kobiet. Nie mógł to być zbieg okoliczności. Coś nie dawało spokoju paladynowi.

„Droga Pani, czy mogę spytać, skąd masz ten piękny kwiat?” Paladyn zaczepił jedną z przechodzących kobiet.

„To? Wędrowna trupa artystów odwiedziła miasto wczoraj czy dwa dni temu. Rozdawali te kwiaty po spektaklu. Piękne to były grajki Panie, mówię szczerze.”

„Nie wątpię.” Przytaknął Winfar „Czy mógłbym spojrzeć na kwiat z bliska? Może mi go Pani podać?”

„Ta, czemu nie. Pewnie i tak zwiędnie niedługo…” Kobieta sięgnęła do piersi i pociągnęła kwiat delikatnie. Ten nie chciał jednak puścić. Kobieta spróbowała mocniej, ale zaraz przerwała, gdy spazm bólu przeszył jej ciało. Syknęła przeciągle i z przerażeniem spoglądała to na kwiat, to na paladyna, który ją zaczepił.

„Kie cholerstwo?!” Kobieta wykrzyknęła, chociaż nie dotykała już kwiatu, ból jaki sprawiła próba jego wyrwania nadal był obecny w jej myślach i członkach.

Zaalarmowani bohaterowie zauważyli jeszcze kilka kobiet z podobnymi kwiatami. Śmiałkowie wezwali straż i polecieli zebrać wszystkich, którzy mają przy piersi czerwony kwiat. Ta tajemnica wymagała interwencji kapłanów. Najbliżej była kaplica Ilmatera – boga cierpienia i wytrwałości. Jego kapłani często wspierali nieszczęsnych tego miasta. Być może będą w stanie pomóc? Bohaterowie nie zapomnieli również o swojej gospodyni. Poprosili ją, aby dołączyła do zebranych w kaplicy Ilmatera kobiet.

Kaplica przypominała bardziej szpital polowy niż kościół. W całej głównej nawie rozstawione były łóżka, na których leżeli chorzy i cierpiący. Do obowiązków kapłanów Ilmatera należało leczenie i kojenie bólu.

Kapłani dokonali oględzin przedziwnej rośliny i stwierdzili, że jest to rodzaj pasożyta. „Ten kwiat wysysa krew swego gospodarza, żywi się nią i wzmacnia. Obawiam się, że jeśli nie pozbędziemy się pasożyta, to kobiety umrą z braku krwi w ciągu kilku dni.” Stwierdził jeden z Ilmateritów. Zapytani o sposób pozbycia się pasożyta, kapłani rozłożyli ręce. Przyznali ze smutkiem, że roślinność nie jest ich obszarem specjalizacji – być może wizyta u druidów w Kniei Neverwinter byłaby dobrym rozwiązaniem, jednak ta możliwość okazała się zupełnie nierealna – Knieja oddalona jest o około dwa dni drogi konno, kobiety nie miały tyle czasu!

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ…

Blaski i Cienie sesja I część I

Cień padł na dobre miasto Neverwinter. Dosłownie i w przenośni.

* * *

Miasto Neverwinter przeżyło wiele. Nikt jednak nie spodziewał się tego, co nastąpiło w roku 1385. To właśnie wtedy bogini magii – Mystra – padła ofiarą okrutnego mordu. Owładnięci obsesją przejęcia jej mocy dla siebie bogowie Cyric i Shaar zgładzili Czarodziejkę. Śmierć bogini opiekującej się Splotem – źródłem magii na świecie – spowodowała mistyczny kataklizm. Świat przestał być taki sam. Cywilizację ogarnął chaos. Monstra, katastrofy naturalne, nieokiełznana i niekontrolowana magia – to wszystko trawiło miasta. W tym również Neverwinter. Klejnot Północy dotknęło przez 10 lat trwania Plagi wiele bólu i cierpienia. Miasto poniosło wiele ran, a najbardziej dotkliwą spośród nich niewątpliwie była Wielka Rozpadlina. Ziemia dosłownie rozstąpiła się w południowo-wschodniej dzielnicy miasta. Bezgraniczna ciemność zionęła z wąwozu, a każdy, kto zbliżył się do jego skraju odczuwał przedziwne oddziaływanie Rozpadliny – nudności, zawroty i bóle głowy, ogólne osłabienie. 10 lat trwało zmaganie się Neverwinter z szalejącą Plagą Magii. Gdy chaos wreszcie ustąpił miejsca nowemu porządkowi Rozpadlina nadal przerażała swą ciemnością. Każdy, kto zdecydował się zamieszkać w jej okolicy odczuwał te efekty. Niestety w wyniki przeludnienia wielu najbiedniejszych tam właśnie kierowało swe kroki – za murami miasta było jednak bezpieczniej niż na otwartej, dzikiej przestrzeni.

Czwórka bohaterów, każdy ze swoją przeszłością, zawitało do odbudowującego się miasta. Przeznaczenie przecięło ich ścieżki właśnie tam.

Rafael – czarownik, w którego żyłach płynie krew antycznych smoków, mieszkał i wychował się w tym mieście. Zna jego bolączki i rozumie jego wyzwania. Mimo iż sporo czasu spędził poza murami, to jednak zawsze powracał. Wolny duch, któremu na sercu leży wizerunek magów i magii. Pragnie propagować w mieście Sztukę – idąc za głosem swego serca uznał, że najlepszym sposobem będą pokazy pojedynków magicznych, których nauczył się podczas swych podróży. Po długich próbach zdołał również otworzyć małą szkołę, w której uczył młodych adeptów magii zasad i tajników pojedynków.

Winfar – rycerz paladyn – przybył aż z odległego Cormyru, aby wesprzeć mieszkańców wspaniałego niegdyś Neverwinter. Po wydarzeniach Plagi Magii miasto trawiło wiele bolączek – przeludnienie, głód, przestępstwa i zbrodnie. Winfar po raz pierwszy zetknął się z tą tragedią, gdy pomagał w obozie dla uchodźców. Zrozumiał wtedy swój prawdziwy cel. Wierzył w sprawczą moc cywilizowanego świata. Postanowił za wszelką cenę przywrócić miasto do dawnej świetności. Oznaczało to ciężką pracę, jednak wola Winfara była niezachwiana.

Nathan – białowłosy mnich – od zawsze był w podróży. Bez miejsca, które mógłby nazwać własnym, wałęsał się po świecie szukając odpowiedzi na trawiące go pytania i żyjącą w nim tajemnicę. W czasie swej tułaczki nauczył się ufać swej intuicji, rozumiejąc, że otaczająca każdą żywą istotę energia ma na nas większy wpływ, niż może się to wydawać. Kroki swe skierował do Neverwinter, bez intencji pozostania tam na dłużej. Może w tym mieście targanym trudnościami znajdzie odpowiedzi na swoje pytania?

Gilmor – gnomi łotrzyk i badacz – dwa powody skierowały jego kroki ku Neverwinter. Przygody i jego dawny towarzysz – Warren. Zawsze ciekawy i gotów do eksperymentów Gilmor nie potrafił długo usiedzieć w jednym miejscu. Pragnął poznać świat, o którym wcześniej słyszał tylko z opowieści swego przyjaciela. Gdy ten zaginął gdzieś w okolicy miasta, Gilmor nie zastanawiał się zbyt długo. Postanowił samodzielnie stawić czoła drodze i czyhającym na niej niebezpieczeństwom. Pierwszym przystankiem było Neverwinter – a później? Cóż, niech odpowie przygoda.

Zbiegiem okoliczności – jeśli takie rzeczywiście istnieją – grupa tych śmiałków wraz z kilkoma dziesiątkami innych osób znalazła się na placu w okolicy tawerny Wino i Taniec. Organizowany był tam pierwszy pokaz pojedynku magicznego w mieście. Po wydarzeniach Plagi Magii mieszkańcy na powrót stracili zaufanie do Sztuki, która pozostaje dla nich nieprzewidywalna i nieokiełznana. Każdy w pamięci żywe miał nadal horrory, jakie napotykał dzień w dzień na ulicach miasta. Bo jak inaczej nazwać szybujące ponad głowami olbrzymie głazy, które z impetem uderzały w domy czy inne budynki, niejednokrotnie jednym ciosem rujnując dobytek, a czasem i odbierając życie mieszkańcom. Jak nazwać pojawiające się na ulicach monstra – demony czy nieumarłe duchy – które nawiedzały praktycznie każdy zakątek i domostwo. Jak w końcu nazwać deformacje dotykające ciała mieszkańców – olbrzymie cysty wybuchające trującymi oparami i żrącą ropą, zniedołężniałe kończyny o chorobliwie brązowym odcieniu. To tylko niektóre z licznych przykładów bolączek, jakie dotykały ludzi w czasie Plagi. Lęk przed magią był uzasadniony. Większość ludzi nadal kojarzyła ją z niekontrolowaną przez nikogo i nic energią. Ciekawość często silniejsza jest jednak niż strach. Tak było w tym przypadku. Obietnica spektaklu pełnego akcji i emocji skusiła część obywateli miasta – pewnie tych mniej przerażonych magią. Wiele czasu i energii spożytkowano na dogadanie się z władzami, ale oto w końcu! Spektakl mógł się odbyć. Ten wieczór mógł odwrócić niepochlebne spojrzenia i komentarze kierowane w stronę tych, którzy nadal praktykowali Sztukę.

Rafael – jedna z pojedynkujących się osób – chciał udowodnić zebranym, że magia nie jest powodem do strachu.

Zawodnicy szykowali się do pojedynku. Zgodnie z procedurą korzystali ze specjalnych różdżek, które modyfikowały ich zaklęcia, czyniąc je nieszkodliwymi dla postronnych. Rafael zaprezentował ich moc. Z koniuszka różdżki wystrzeliła sycząca fala płomieni, która owionęła stojącego na środku młodego człowieka. Czerwień ognia tworzyła niemałą łunę, a zebrani aż cofnęli się z przerażeniem. Ludzie zatykali sobie usta, aby nie krzyknąć z przerażenia, a część osób zwyczajnie uciekła, nie czekając na efekt spopielającego zaklęcia. Chociaż powstały żar był nie do zniesienia, a mężczyzna znajdował się być w samym środku ognia, to nie było słychać z wnętrza ognistej burzy żadnego okrzyku bólu czy cierpienia. Ogień wygasł niemal tak szybko jak się pojawił. Chwila niepewności zdawała się trwać w nieskończoność. Ludzie wychylali się do przodu, chcąc zobaczyć, co pozostało z celu ognistej kuli. Ku uldze i zaskoczeniu gawiedzi, mężczyzna wyglądał na niespopielonego. Więcej – miał się chyba całkiem dobrze! Wesoło pomachał ręką w stronę widzów, ukłonił się nisko i po prostu zszedł ze sceny. Wybuch oklasków zagłuszył wszelkie powątpiewające komentarze. „Jeśli ten wstępny pokaz został tak ciepło przyjęty, to co dopiero powiedzą na sam pojedynek!” pomyślał zadowolony Rafael i wszedł na scenę.

Tłum kręcił się niecierpliwie, podekscytowany pierwszym elementem spektaklu. Ludzie z szeroko otwartymi oczami wpatrywali się w scenę, wodząc wzrokiem za zawodnikami. Ci, zgodnie z ceremoniałem, najpierw przywitali się uroczyście. Wyciągnęli różdżki przed siebie i skłonili się nisko, muskając narzędziami o podłogę. Rafael miał rozpocząć starcie, jego różdżka iskrzyła się od ognistej magii, którą czarodziej chciał wyzwolić.

Nagle przenikliwy krzyk dobiegł uszu zebranych ludzi. „Morderstwo!” krzyczał wysoki, spanikowany głos. Zebrani spojrzeli po sobie, nie do końca rozumiejąc co się dzieje. Szum, szepty i wątpliwości przetoczyły się po ulicy. Gawiedź patrzyła w lewo, w prawo, część była święcie przekonana, że to po prostu kolejna scena spektaklu. Nic bardziej mylnego. Z zachodniej strony pędziła para ubranych od stóp do głów w czerń ludzi. Maski przysłaniały ich twarze, a kaptury głowy. Dwójka pędziła z niezwykłą prędkością w stronę zebranego tłumu, szybko pokonując kolejne metry. Za nimi biegł młody człowiek o blond włosach, z wyrazem przerażenia na twarzy. To on krzyczał wniebogłosy i błagał o pomoc. Znajdował się dużo dalej od dwójki w czerni, wyraźnie nie nadążając. Dyszał ciężko, a nogi plątały się pod nim. Wyglądał, jakby każdy krok mógł być jego ostatnim. Wątłe nogi zdawały się bardziej przeszkadzać, niż pomagać w biegu. Krzyk jego jednak był donośny i niósł wiadomość daleko. Dwójka w czerni biegła natomiast w absolutnej ciszy. Gdyby nie alarmujący wszystkich dookoła młodzieniec, mężczyznom towarzyszyłby jedynie świst powietrza, które wprawiali w ruch swoim biegiem.

Horror! Gdy uciekający zetknęli się ze ścianą tłumu zebranego przy tawernie nie zawahali się ani chwili. Jeden z nich, nie zwalniając ani na sekundę, rzucił się na najbliższą osobę i szybkim uderzeniem w korpus znokautował kobietę. Ruch jego był płynny, w żadnym momencie nie zwolnił, nie zawahał się. Z brutalną precyzją i niezwykłą szybkością osiągnął zamierzony efekt – panikę. Tłum zaczął biec we wszystkie strony. Ludzie nie pomni na innych zaczęli znikać z ulicy, odrzucając i tratując tych, wraz z którymi jeszcze przed momentem podziwiali pokaz magii. Powstały chaos był doskonałym sposobem na ucieczkę. Wszystko poszłoby bez przeszkód – gdyby nie grupa śmiałków. Ci zachowali spokój w obliczu zagrożenia i nie wahali się ani sekundy. Rzucili się, aby pochwycić napastników.

Rozpoczęła się walka, która szybko przybrała nieoczekiwany obrót. Białowłosy Nathan, który od lat trenował sztuki walki pod okiem swego mentora, nie miał problemów ze schwytaniem drobniejszego z napastników. Mnich założył dźwignię i trzymał mocno. Zadowolony z efektu skierował wzrok w kierunku obcych sobie ludzi, którzy również zdecydowali się pomóc. Szukał asysty. Wiedział, że sam długo nie powstrzyma zwinnego przeciwnika.

Drugi z mężczyzn zauważył, że jego towarzysz został zatrzymany. Z oszałamiającą prędkością wrócił do mocującej się pary i wymierzył cios. Nie zaatakował jednak białowłosego – błyskawiczne pchnięcie dłoni z dwoma wyprostowanymi palcami z chirurgiczną precyzją przebiło krtań odzianego w czerń kompana. Ten wyciągnął rękę do swego oprawcy, nie wierząc w to, co właśnie się działo. Siły opuszczały jego ciało w zastraszającym tempie. Próbując chwycić swego towarzysza mężczyzna zdołał mu tylko zerwać maskę z twarzy. Trudno było osądzić kto był bardziej zaskoczony. Zgładzony jednym ciosem mężczyzna, czy trzymający martwe już ciało Nathan. Zaskoczenie mnicha tylko wzrosło, gdy spojrzał na obdartego z maski mężczyznę.

Skóra jego twarzy była niezwykle blada, chociaż nie to najbardziej przykuwało uwagę. Usta mężczyzny zaszyte były grubą, ciemną nicią. Wzdłuż linii ust, jak szwy zabezpieczające ranę. Groteskowe szycie sprawiało wrażenie, jakby mężczyzna wiecznie się uśmiechał. Jego twarz nie była w stanie okazać żadnych emocji poza zastygniętym grymasem.

Nic wam już nie powie…” Nathan usłyszał w swojej głowie. Głos pojawił się z znikąd. Nie trafił do świadomości poprzez uszy. Mnich po prostu nagle miał w głowie dokładnie tę myśl, chociaż wiedział, że zrodziła się w obcym umyśle. Napastnik spojrzał na Nathana z zimną determinacją. To on przemówił do niego za pomocą telepatii.

Korzystając z chwili nieuwagi tajemniczy napastnik odskoczył od przeciwnika. Wykonał szybki gest dłońmi, a po chwili dosłownie wbiegł w cień. Nie w ciemną uliczkę. W cień. Mężczyzna dosłownie zniknął w ciemności, zręcznie omijając pozostałych przeciwników. To nie był jednak koniec walki.

Mimo iż tajemniczy napastnik teleportował się, to zostawił dla śmiałków kolejne wyzwanie. Cienie okolicznych budynków nagle urosły i zgęstniały znacząco. W zupełnej ciszy zaczęły odklejać się od ziemi i ścian. Z początku bezkształtne, poczęły przybierać humanoidalne formy. Po chwili przed śmiałkami stała cała grupa półprzezroczystych, czarnych, cienistych stworzeń o ludzkiej formie. Bezszelestnie zaczęły sunąć w stronę swych przeciwników.

Śmiałkowie – Nathan, Rafael, Winfar oraz Gilmor nie przerazili się tej sekwencji zdarzeń. Z werwą przypuścili kontratak. Paladyn skupił swą świętą energię w mieczu. Każdy cios, każde cięcie, które zetknęło się z cienistą istotą powodowało wybuch światła, które pochłaniało mroczną energię cieni.

Rafael w tym czasie korzystał z własnej wersji światła – precyzyjnie rzecz ujmując – z ognia. Miotał płomienne pociski na prawo i lewo, podpalając wątłe, cieniste istoty niczym wysuszone kartki papieru.

Nathan pozostawił martwe ciało wojownika i dołączył do walki. Walcząc bez broni nauczył się wykorzystywać mistyczną energię własnego ciała, aby osiągać niezwykle efekty. Potrafił zatem celnie uderzać nawet w na wpół niematerialne istoty, jakimi były te cieniste byty.

To Gilmor napotkał największe trudności w walce z tak nietypowym przeciwnikiem. Gnom preferował walkę z ukrycia, jednak jego przeciwnicy potrafili bezbłędnie wyczuć wszelkie życie. Szybko zlokalizowali ukrywającego się mężczyznę i rzucili się na niego pragnąc wyssać witalną energię w nim drzemiącą. Rzeczywiście każdy cios cieni wysysał siły łotrzyka. Wykończony i bez możliwości szybkiej ucieczki Gilmor zaczynał godzić się ze swym losem. Przymknął oczy, gdy miał paść ostateczny cios. Zamiast tego usłyszał świst przecinanego powietrza. Gdy otworzył oczy z ulgą zobaczył paladyna stojącego nad pokonanym wrogiem. Winfar dla pewności wbił miecz w leżącego na ziemi adwersarza. Ten rozpłynął się w nicość na bruku. Walka dobiegła końca.

Gdy opadł kurz bitwy, do grupy dobiegł w końcu młody mężczyzna, który przedstawił się jako Jonah – asystent lorda Marrowa.Bujna czupryna jasnych włosów opadała mu na przerażoną twarz, ruchy jego były nieskoordynowane, a szczupłe ciało wyglądało, jakby w każdej chwili miało załamać się pod własnym ciężarem. Do tego wszystkiego wyglądał młodo. Najwyżej na 20 lat. Jonah ubrany był w koszulę nocną, zupełnie jakby szykował się do snu. Na skraju płaczu, młodzieniec zdołał wydusić z siebie, że to właśnie lord padł ofiarą okrutnego morderstwa – lord Marrow, przewodniczący Rady Neverwinter!

Młodzieniec zaczął opowiadać o swojej pracy dla lorda. Z pasją, niestłamszoną nawet przez przerażające okoliczności, mówił o jego roli i wspaniałej pracy, jaką wykonywał Lord Marrow. Jonah mówił o nowej ustawie, która miała zreformować kulejącą obecnie straż miejską. Ta nie funkcjonowała dobrze – miała za mało środków i ludzi, procedury i biurokracja zajmowała czas, który powinien być spożytkowany na ochronę miasta, a standard i pensje strażników cały czas spadały, co sprzyjało korupcji. Lord Marrow z pomocą Jonah miał to wszystko zmienić. Wspólnie długo pracowali nad propozycją reform. Te miały być za kilka dni przedstawione na zebraniu Rady Neverwinter – pięcioosobowego ciała zarządzającego miastem. Jonah był autentycznie przerażony tym, jak Rada poradzi sobie bez zamordowanego przewodniczącego.

Podczas gdy Jonah opowiadał o lordzie i pracy dla niego, Gilmor wykorzystał swoje czułe zmysły, aby przeszukać martwego napastnika. Nie znalazł przy nim żadnych dokumentów lub wskazówek – czarne szaty ciasno przylegały do martwego ciała i nie miały żadnych kieszeni czy przegródek. Coś ciekawego zwróciło jednak jego uwagę – przy bucie mężczyzna miał trochę szarawej ziemi. Szybki ogląd placu pokazał, że ulica wyłożona była brukową kostką i okazała się raczej zadbana – grudka zatem nie mogła być z najbliższej okolicy. W mieście znajdowało się jednak kilka miejsc, gdzie o szarą ziemię nie było trudno. Ten trop mógł przydać się później.

W tym czasie na ulicę dotarł dwuosobowy patrol straży miejskiej, pod dowództwem sierżanta Sternicka. Mężczyzna spoglądał nieufnie spod metalowego hełmu na zbiorowisko, a dłoń nerwowo zaciskała się na drzewcu halabardy. „Co tu się wydarzyło?” zapytał podejrzliwy żołdak. Relacja bohaterów wprawiła Sternicka w osłupienie. „Lord Marrow…” wyszeptał słabo. Sierżant starał się ogarnąć wzrokiem całe pole walki i cokolwiek postanowić. Z pomocą przybył mu Winfar, który widząc niepewność w oczach przestraszonego strażnika, postanowił przejąć inicjatywę. Dla paladyna zaprzyjaźnionego z hierarchią i procedurami wydawanie poleceń przychodziło naturalnie. Uzgodnił z Rafaelem, że ten uda się do garnizonu, aby zaalarmować straż. Bohaterowie mieli spotkać się następnego dnia w tym samym miejscu. Drugiemu ze strażników polecił zabezpieczenie miejsca zbrodni, a wraz ze Sternickiem i pozostałymi obecnymi udał się na oględziny do mieszkania Lorda Marrowa. udał się na miejsce zbrodni.

Plotki rozchodziły się szybko. Mijając przechodniów Rafael słyszał ich szepty i domysły. Miasto żyło nową informacją, chociaż nikt tak naprawdę nie znał szczegółów. Jednak napaść tajemniczych cienistych istot w centrum miasta – cóż, to doskonały temat do siania plotek i hipotez. Rafael głuchy był jednak na te szepty; chciał jak najszybciej rozmówić się z kapitanem straży – Baelem.

Główna siedziba straży – Gwieździsta Twierdza, znajdowała się niedaleko poza miastem. Stanowiła w jednym garnizon, więzienie i akademię. Rafael nie miał jednak czasu biec poza mury miasta. Zamiast tego skierował swe kroki do lokalnego garnizonu usytuowanego w centrum miasta, niedaleko jego szkoły. Stanąwszy pod wysoką bramą zastukał kilkoma mocnymi uderzeniami i czekał na reakcję. Ta przyszła szybko. Ze stanowiska obserwacyjnego ponad głową maga wychylił się strażnik „Co wali?” padło niewybredne pytanie.

Do Baela, sprawa niecierpiąca zwłoki. W mieście doszło do straszliwego morderstwa. Kapitan musi o tym usłyszeć” padła odpowiedź z dołu. Rafael nie należał do osób cierpliwych i miał szczerą nadzieję, że te dwa zdania będą strażnikowi wystarczyły. Ten zniknął na chwilę ze swego stanowiska.

Idzie”. Burknął jedynie, gdy wrócił na miejsce.

Zza bramy wychylił się wysoki i szczupły elf. Twarz jego pokrywało wiele blizn i poparzeń. Mężczyzna poruszał się szybko i z wojskowym drygiem. Stanął blisko naprzeciw maga i zaczął wpatrywać się ciemnymi oczami, czekając na reakcję.

Rafael, nieco zdezorientowany, zaczął plątać się w swojej opowieści. Gdy rozpoczął od wydarzeń na turnieju magicznym, twarz Baela jeszcze bardziej spochmurniała. Rafael widywał wcześniej to spojrzenie. Instynktownie domyślił się, skąd Bael ma tak wiele blizn, zwłaszcza tych od ognia. W czasach Plagi wielu żołnierzy walczyło dzień i noc z tworami rodzącymi się z niekontrolowanej energii magicznej. Niewielu przeżyło do dzisiaj. Bael musiał być jednym z nich – weteranem. Nic zatem dziwnego, że wszystkie mięśnie jego ciała napięły się, gdy zrozumiał, że rozmawia z magiem.

Miarka przebrała się jednak, gdy Rafael przekręcił imię sierżanta, z którym rozmawiał. Zdenerwowany kapitan wydusił z maga tylko kilka najważniejszych informacji i pozostawił Rafaela pod wrotami garnizonu. Odchodząc rzucił mu jeszcze zimne spojrzenie, jakby upewniając się, że czarodziej nie będzie go śledził. Rzeczywiście – Rafael wzrokiem tylko odprowadził elfa, fiksując się na rytmicznie podskakującym czarnym warkoczu, który nosił Bael.

Poddenerwowany mag postanowił skierować swe kroki do świątyni Tyra – boga sprawiedliwości. Nie chciał jeszcze wracać na miejsce zbrodni; wolał nie ryzykować ponownego spotkania z kapitanem.

Świątynia była największym sakralnym budynkiem w mieście. Wzniesione na podwyższeniu, o pięknej skrzącej się w Słońcu kopule, która przetrwała Plagę, miejsce było ostoją spokoju i symbolem siły Neverwinter. Mieszkańcy spoglądając na ten dumny budynek oddychali lżej, wierząc, że sam Tyr nad nimi czuwa.

Służbę pełnił akurat znajomy kapłan Rafaela – Irvin. Życzliwy i oddany Tyrowi, wielokrotnie leczył Rafaela z ran odniesionych w różnych okolicznościach. Często były to poparzenia, które Rafael sam sobie zaserwował, eksperymentując z zaklęciami.

Cóż cię dzisiaj do mnie sprowadza?” Irvin zapytał ze spokojem.

Rafael podzielił się z przyjacielem informacjami o wydarzeniach na turnieju magicznym, Mag chciał skorzystać z wiedzy, jaką posiadał sługa Tyra. Kapłan zamyślił się, jednak nie był w stanie powiedzieć zbyt wiele. Potwierdził jedynie milczące przypuszczenia czarodzieja – cieniste istoty były tworami nieumarłymi, a te przywoływać potrafią kapłani oddani mrocznym bóstwom lub nekromanci, zafascynowani śmiercią i jej tajnikami. Z pewnością istniały inne istoty zdolne do obdarzania cieni imitacją życia, te dwie grupy były jednak z tego najbardziej znane. Irving zasugerował, aby Rafael udał się do Domu Wiedzy. Elf Amath – sędziwy Mistrz Wiedzy – na pewno będzie dysponował większą ilością informacji. Mówiło się, że Amath dysponuje ogromną wiedzą praktycznie na każdy temat. Miał zwyczaj udawania się na swoiste pielgrzymki, z których zawsze wracał z nowymi informacjami i wiedzą na temat otaczającego świata. Rafael kiwnął głową i ziewnął przeciągle. W końcu dopadło go zmęczenie. Przed tą wizytą postanowił udać się na spoczynek do swojej szkoły, w której równocześnie mieszkał.

Podczas gdy Rafael wymieniał się informacjami, pozostali śmiałkowie sprawdzili miejsce zbrodni.

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ…